wtorek, 1 października 2013

Danske Bank Oslo Maraton.

A właściwie w naszym wykonaniu półmaraton. Pierwszy w życiu półmaraton, a na pewno nie ostatni. I początek marzeń o pełnym maratonie!
Jedno jest pewne- za rok wracamy do Oslo pobiec ta sama trasę!

Hotel wybrałyśmy dziwnie. Zupełnie nie w centrum. W sumie żadna z nas nie wie dlaczego akurat ten, na Tøyen. Jeśli chodziło o cenę to i tak doliczając taksówki nie opłacało się. A może nam się wydawało, ze to będzie w centrum...? Na mapie jakoś tak blisko było...

Jeszcze w Mo zrobiłyśmy sobie przystanek na lasagne (słynne pasta party w przeddzień biegu!), skoro w hotelu miałyśmy być przed północą.
Rano pożywne, lekkie, bogate w cukry śniadanie i ruszyłyśmy na Rådhusplass zorientować się w sytuacji. Na szczęście po jakiś 15 minutach drogi spotkałyśmy maratończyków, ci zaczynali przed 10. Także już wiedziałyśmy, ze zmierzamy w dobrym kierunku.




Jakos nam się wydawało, ze tak lekko i wolno biegną...

Minęłyśmy bosego Pana z polska flaga, który biegł uśmiechając się i machając do wszystkich. Jak potem doczytałam jest to Pawel Mej, bosy biegacz ktory nie jeden maraton juz przebiegl.



W końcu trafiłyśmy do centrum wydarzeń. Ratusz, za którym był start i zarazem meta wyścigu:





Odebrałyśmy nasze koszulki, numery startowe i poszłyśmy się jeszcze wzmocnić przed startem, który miał być o 13.41. Piękna pogoda, słońce, ludzie w ogródkach przy lokalach. Znalazłyśmy rewelacyjne miejsce Joe & the juice, polecam! Energy shake!


I pora była powoli wracać. Oddałyśmy nasze rzeczy do depozytu, to obyło się jeszcze w miarę sprawnie, bez większych kolejek, gorzej było z odbiorem.


Tu jeszcze nie wiemy co nas czeka:



Służby medyczne:



W końcu nadeszła pora, ustawiłyśmy się w strefie startu, kolo naszego pacemakera czy fartsholdera, z zielonym balonikiem 2h 15min. Tlok nieziemski, ruszyłyśmy 10 min później niż nasza pula. Nie dało się biec swoim tempem. Biegłyśmy tempem tłumu. Pamiętam, ze przez pierwsze 5-6 km tylko mówiłam "My biegniemy za szybko, za szybko!". Znam swoje możliwości, wiedziałam, ze w tempie 6min/km 20 km nie przebiegnę, a tu niektóre z tych pierwszych biegłyśmy nawet poniżej. W końcu kolo 7km złapałyśmy fajne, równe tempo 6.17-6.20, którym biegło się ok. Tak od 12km zaczęłam biec od kilometra do kilometra. A zabił mnie 600-metrowy podbieg, nota bene w okolicy naszego hotelu na Tøyen. Ale biegłyśmy. Powoli, bez przystanków, do przodu, mijałyśmy idących ludzi. Stacje z woda i izotonikami (pyszna, lodowato zimna norweska woda!), stacja z kawa mieszana z coca-cola (!!). 
I tak z kilometra na kilometr, walcząc z bólem bioder, ramienia, i w sumie wszystkiego udało się dotrzeć z powrotem do centrum. Potem tylko ostatnie kilometry, i spektakularny finisz!





Udało się! Pierwszy półmaraton przebiegnięty!



Czas planować kolejne półmaratony i maratony!